bez kategorii

Segerea. Kilka słów o tym i o tamtym

IMG_2046

Mój pierwszy, niepełny tydzień na misji w Segerea dobiega końca. Tak naprawdę  – przynajmniej jak do tej pory – codziennie dzieje się coś nowego i każdego dnia obiecuję sobie trzy rzeczy (że dziś, ale to naprawdę dziś):
1) usiądę do nauki Suahili
2) przeczytam historię Tanzanii
3) napiszę kilka słów na bloga.

Jjjjasne.
To ja może zacznę od końca.

IMG_1502

Kilka słów o jedzeniu i obyczajach

Jedzenie jest dobre, dokładnie takie jak lubię – mało mięsa, dużo wszystkiego innego 🙂 Świeże (prosto z drzewa, czy może być świeższe?) mango, papaje, awokado, banany, ananasy – tego chyba nigdy nie zabraknie. W szkole dzieci jedzą rękami (właściwie to prawą ręką, jak na Afrykę przystało) [tak Mamo, na misji mamy sztućce i jem „po europejsku” ; ) ]. Warzywa tradycyjne – ogórki, pomidory, ziemniaki, jak i te których teraz nazw za bardzo nie pamiętam. Ryż, ryż na tysiące sposobów – najlepszy z przyprawami (tzw. pilau), kasze z lokalnych zbóż, ugali, czyli coś a’ la kasza manna lub owsianka, placki zbożowe jak hinduskie chlebki. Czasem rybka lub mięso, choć to drugie zazwyczaj i tak kozie. Szczęśliwie żadnych schabowych, ziemniaków, zasmażanej kapusty (a jednak niebo istnieje!!! 🙂 ). Nadal nie jadłam batatów, ale myślę, że wszystko przede mną. Posiłki na misji są fajne, bo zazwyczaj zbierają się na nich wszyscy obecni mieszkańcy domu, co zawsze oznacza świetne towarzystwo. Jedzenie z dziećmi to bardziej… wyzwanie; męczące, choć przyjemne. Oczywiście nie muszę dodawać, że w szkole każdy chce siedzieć przy stoliku, gdzie siedzi mzungu (czyli biały, białas). Pragnę od razu wyjaśnić, że dzieci w szkole są przemiłe i nikt nie woła na mnie mzungu czy china  (szina) – „Chinol”. China uważane jest za obraźliwe (a dla białasa tym bardziej!), jednak obywatele Państwa Środka mają coraz więcej interesów w Afryce i współczesna „chińska kolonizacja” tego kontynentu jest coraz bardziej widoczna. China wołają na mnie dzieciaki bawiące się przy drodze do szkoły. Michał za każdym razem poprawia je, mówiąc: hapana China. Mzungu! (nie Chinol. Białas!), ale nie widzę w tym i tak żadnego sensu.

IMG_1678

IMG_1713

Większość ludzi jest bardzo życzliwa, choć Segerea nie jest miejscowością turystyczną i biały (nie-misjonarz) w okolicy jest nadal uważany za zjawisko. Niestety często zdarza się, że jak trafi się ktoś, kto zna angielski i próbuje zagadać, to prędzej czy później rozmowa przyjmuje następujący obrót:  A jak jest w Europie? Drogo? Ja to bym chciał odwiedzić Polskę / pojechać do Polski / mieć polską żonę. [po czym zaczyna się:] A jaki masz numer telefonu? [moja standardowa odpowiedź: wiesz, jestem tu dopiero kilka dni, jeszcze nie mam tanzańskiej komórki]. Aaaaah, będę tęsknił…. 

Kilka słów o muzyce

To, że Afryka = Muzyka nie trzeba nikomu tłumaczyć, ale być tu i doświadczać tego to na własnej skórze to wyższa szkoła mówienia „łaaaaał”. Bez wątpienia Afrykanie są najbardziej uzdolnionymi muzycznie ludźmi. Co wieczór przed kościołami zbierają się chóry gospel – na ławkach, pod drzewami; każdy ma swój kącik. Wszystkie śpiewają, ćwiczą, powtarzają. Tej atmosfery nie da się oddać słowami. Wczoraj nie wytrzymałam i nieśmiało podeszłam do jednego z chórów. Choć nie znam suahili, a panie z chóru nie operują angielskim, udało mi się jakoś włączyć w śpiewy. Zaraz znalazł się dla mnie jakiś zeszyt z tekstem, ktoś inny nucił mi melodię sopranów do ucha. Śpiewy były BOSKIE, NIEZIEMSKIE, CUDOWNE. Zostałam zaproszona do wspólnego śpiewania z chórem na niedzielnej mszy. Msze w tutejszych kościołach są rano, bardzo rano, lub też – nieprzyzwoicie rano czyli 6:00, 7:30, 9:00 pewnie najpóźniej, choć i tak większość ludzi przychodzi na szóstą. Oczywiście mój chór śpiewa o szóstej, jakże by inaczej.  A szósta będzie za niecałe 6 godzin, a ja przecież nadal nie śpię…

IMG_1512

Kilka słów o ubiorze

Jeszcze tak nietrafnie zapakowanego bagażu nie miałam. Sweterek z długim rękawkiem „na wszelki wypadek”. Na wszelki wypadek, to ja wzięłam nawet dwa takie sweterki. Nie ubiorę. Krótkie spodenki – nie ubiorę. Sukienki przed kolano – nie ubiorę. Wszystko zaczęło się wczoraj, kiedy skończyły mi się sukienki w wersji maxi i ubrałam coś, co mi się zgrzebne zdawało – ramiona zakryte, długość do kolana. Ale nie, w szkole podniosło się małe larum. Najpierw z „dobrą radą” w sprawie mojego przyodzienia przyszła starsza pani, wolontariuszka, oczywiście Polka. Następnie jedna z sióstr wpadła „zwrócić mi uwagę, że ktoś może zwrócić mi uwagę” (przynajmniej zrobiła to dyplomatycznie 😉 ). Za to już zupełnie bezpośrednia  była jedna z miejscowych nauczycielek, która stwierdziła, że w niedzielę zabiera mnie do Dar Es Salaam kupić mi jakieś porządne, długie spodnie, bo póki „ja jestem jej friend” to mam się ubierać do szkoły jak na nauczyciela przystało (długość spódnicy do połowy łydki minimum), kwitując swoją reprymendę przysłowiem „jak wejdziesz między wrony kracz jak i one”. Dobrze, wrony moje drogie.  Po rozmowie z Ojcami planuję zaopatrzyć się w kanga – dużą, afrykańską, prostokątną chustę służącą jako przyodziewek kobiet w kulturze suahili.  Kangi są wielobarwne i równie wielofunkcyjne – posłużą jako długa spódnica, siatka na zakupy  (umiejętność wiązania furoshiki nigdy nie idzie na marne!), koc na plaże, a jak będzie potrzeba to i zasłona na okno.

No a sandały…  moje deichmann’owe sandały (aczkolwiek trzeba przyznać, że już wysłużone) nie wytrzymały jednak tanzańskich piasków. Wczoraj odpadła mi podeszwa i choć z pomocą przyszedł mi ojciec Grzegorz i podeszwa trzyma się jak nowa – dziś poodpadały paski i podeszwa (choć jak nowa), w sumie nie ma się za bardzo jak trzymać stopy. Podobno najlepsze są masajskie sandały, ale niezbyt wygodne – wyrabia się je ze starych opon. Cóż, na pewno są wytrzymałe 😉

_MG_1596

Kilka słów o mojej wizji misjonarzy i zderzeniu jej z tutejszą rzeczywistością

Gdy myślę o misjonarzach z Dar Es Salaam przychodzi mi do głowy jedno określenie: SĄ CZADOWI. I bynajmniej nie wynika to z mojego braku słownictwa, oni naprawdę SĄ CZADOWI. Brodacze o gołębich sercach (choć czasem niektórzy strzelają z wiatrówki do wron porywających z misyjnego obejścia młode kurczaki). Są jak Robinson Crusoe, choć Afryka jak na wyspę jest trochę za duża i z pewnością nie jest bezludna. Równie dobrze można by ich było przyodziać w skóry, wsadzić na motory i puścić w długą na amerykańskiej Route 66. To są faceci z krwi i kości, sami wszystko organizują, wszystkim zarządzają. A życie tu przecież do najprostszych nie należy. Uśmiech, dobry humor – to mają i tutejsze siostry zakonne. Ale świeżość spojrzenia czy cięta riposta to bez wątpienia domena Ojców 😉

IMG_1511

Dzieje się wiele i tak naprawdę to co napisałam jest jedynie małym wycinkiem rzeczywistości. Chciałabym opowiedzieć Wam o szkole, o realiach życia w Segerea, o ludziach których spotykam, ale tyle się dzieje że ciężko jest wieczorem znaleźć siłę by to wszystko napisać (jest godzina 00:30, temperatura za oknem: 29 stopni, wilgotność: 80 procent). Sobotni wieczór, ludzie wyszli na ulice, tańczą, śpiewają, siedzą z przyjaciółmi. Okolica jeszcze chwilę temu tętniła życiem. Ja siedzę na łóżku i oglądam świat zza moskitiery. Raczej nie wychodzimy wieczorami, choć dziś wyjątkowo udało mi się wyciągnąć dwóch ojców na targ po ananasy na śniadanie. Jak będę w kółko jadła banany, awokado z majonezem i tutejsze (prawdziwe!) masło orzechowe, to może lepiej będzie, jak do Polski piechotą zacznę wracać…

A co do następnego razu…  Następnym razem napiszę o tym, jak w hipopotamach grzejemy wodę. O! 🙂

IMG_1559

Izabela

 

About

Warsaw-based international relations analyst, traveler & folklore enthusiast. Expert on North-East Asia region, particularly Japan. Blogging for fun, in my free time :)

  1. Grzanie wody w hipopotamach? Czuję się mocno zaintrygowana 😉
    Natomiast z czasem i planowaniem jest tak, że choć założymy nie wiadomo jak dużo, to toczące się sprawy i tak to szybko weryfikują, także nie należy się zbytnio przejmować.
    Czekam na dalsze Twoje opowieści z Segerea 🙂

    • PS. nie będę czekać, a co najwyżej przekopię się przez Twoje kolejne wpisy 😛 Grunt to nie spojrzeć na datę opublikowania postu 😀

    • No to pięknie. I wyszło szydło z worka… zaraz okaże się, że jestem gołosłowna, bo post z hipopotamami od prawie roku siedzi w „niedokończonych szkicach”, co najmniej jak jakaś biedna duszyczka czyśćcowa. Mam za swoje! 😉

  2. Jakbym dostał tam jakimś cudem po dłuższym pobycie schabowego, to nawet nie oglądałbym się za sztućcami 😀

  3. Ja zawsze z ukłuciem zazdrości czytam takie relacje. Chciałabym wyjechać na kilka miesięcy gdzieś gdzie jest inaczej, zupełnie inaczej. Jak znalazłaś się na misji? Jak długo tam byłaś?

    • Byłam ponad miesiąc, bo na tyle mogłam sobie pozwolić w pracy.
      Ja byłam na misji „katolickiej” u oo. Franciszkanów, ale bardzo wiele zakonów ma swoje dzieło misyjne i swój sekretariat w Polsce. Wystarczy się rozejrzeć 🙂
      Trzymam kciuki!

  4. Dałaś mi do myślenia tym wpisem w takim sensie, że też zawsze chciałam spróbować. Tak na miesiąc chyba by mi wystarczyło, tak właśnie żeby dowiedzieć się czy to coś dla mnie. Myślę, że jak tylko doprowadzę do porządku bieżące sprawy to zacznę się rozglądać za tym. 🙂 Dzięki!

    • Haniu, tak naprawdę miesiąc to bardzo mało, by coś zdziałać. Na miesiąc to tak w sam raz dla samej siebie (choć mi było mało i wcale nie chciałam wracać), a trzeba pamiętać, że na wolontariat jedzie się jednak dla drugiego człowieka. Myślę, że optymalnie jest wyjechać na 3 miesiące i w przyszłości na krótszy czas raczej nie wyjadę.
      Wyjazd oczywiście gorąco polecam, jeśli nie brak Ci sił i zaparcia do pracy (a w to nawet nie wątpię 😉 ).
      Dla mnie czas spędzony na misji to przede wszystkim najlepsze rekolekcje w życiu, ever.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Psst... na tej stronie dostaniesz ciasteczko. (więcej informacji)

Ciasteczka (cookies) to małe pliki tekstowe, które zapisane na twoim komputerze ułatwią przeglądanie stron WWW. Ta strona używa plików cookies w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki dotyczące cookies. Obowiązek poinformowania cię o ciasteczkach nakłada ustawa z dnia 16 listopada 2012 r. o zmianie ustawy Prawo telekomunikacyjne oraz niektórych innych ustaw.

Wszystko jasne, zamknij